wtorek, 11 sierpnia 2020

Ranek

RANEK
Cieniutka pajęczynka myśli
spowita małą kropelką rosy.
Jaskrawa zieleń trawy
leniwie prostującej swe kłosy.
Płatki delikatne, jak aksamit
koronę barwy nakładają.
A słońce promieniami swymi
budzi z nocnej ciszy
delikatnością konkretną.
Jutrznia już rozbrzmiewa
słowa psalmów płyną do Nieba.
Kiedy rano człowiek wstaje 
Pan mu siły daje.
/29.11.2006/
 

czwartek, 9 lipca 2020

Ostatnie pożegnanie...

 
 
Moment narodzin zawsze kojarzy nam się z perspektywą przywitania nowego członka rodziny. Jest to ta chwila, w której doświadczamy, że oto nowe życie jest wśród nas – po drugiej stronie brzuszka. Jednak nie zawsze tak jest. Czasami los płata nam figla i przywitanie, okazuje się krótkim pożegnaniem. Miało być nowe życie, a tymczasem nie ma nic, tylko ta dziwna pustka, która odbija się jak echo w Twoim sercu, w głowię… Trudno określić co się dzieje. Z jednej strony jest ulga (może zabrzmi to dość dziwnie, ale jest). Ulga ta wyrażona jest w westchnieniu, że już po wszystkim. Ten najsilniejszy ból fizyczny ustąpił, ciała już nie wykręca, organizm zdaje się fizycznie wyciszać – odpoczywa. Natomiast z drugiej strony jest ten drugi świat, nasze wnętrze bogate w cały wachlarz możliwości, niczym skarbiec: przeżyć, myśli, emocji, doświadczeń itp. To właśnie one wyjdą na pierwszy plan w czasie żałoby, która prędzej czy później upomina się o Ciebie, uświadamiając, że nie jest to koniec, lecz dopiero początek trudnej drogi, która staje się wyzwaniem w każdej sferze ludzkiego życia.

Opisałam Ci już naszą historię, jednak to nie koniec… Następnego dnia wszystko zmieniło się o 180 stopni, a to za sprawą ordynatora. Kiedy ten przyszedł w poniedziałek na dyżur, od razu dowiedział się o wydarzeniach z ubiegłego dnia. Zaskoczył mnie, ponieważ przyszedł do mnie do sali, przywitał się, okazał postawę zrozumienia i nagle okazało się, że w tym szpitalu można mówić ludzkim głosem. Tym razem nie było sformułowań „to coś” czy „płód”, było normalnie, tak jak być  powinno – osobowo. Przychodząc do sali, lekarz już wiedział jakie imię zostało nadane naszej córeczce, więc wprost mówił po prostu o Basi. W tym podejściu nie powinno być zdziwienia, to powinna być NORMA, niestety nie jest. Przedmiotowe podejście sprawia, że rodzice nie tylko doświadczają straty dziecka, ale również muszą walczyć o jego godność i prawa.

Pogrzeb Basi był pięknym dniem. Wydaje się to dziwne, ale tak to przeżyliśmy. Chcieliśmy wobec niej zrobić to, co możemy, co zostało nam dane. Nasze „ostatnie pożegnanie” było naszą misją, która w pewien sposób dawała poczucie, że daliśmy radę. Wszystko chcieliśmy sami, sami owinęliśmy jej ciałko i włożyliśmy do białej trumienki, sami ją wnieśliśmy do kościoła składając przed ołtarzem, sami nieśliśmy jej krzyż, jak również Krzysiu sam złożył ją w grobie. Mieliśmy poczucie, że tylko i aż tyle możemy dla niej zrobić.
 

  Rodzice na różnym etapie rozwoju ciąży tracą swoje maleństwa, zawsze jest to dla nich ogromny ból i cierpienie, które wzrasta tym bardziej w sytuacji niezrozumienia przez środowisko. W tym wszystkim, co towarzyszy rodzicom jest wielki zamęt własnych przeżyć i tego, co mówi druga strona. Można się pogubić, można nie zapytać, można nie wiedzieć… Im dłużej pracuję w Fundacji Donum Vitae w Szczecinie, im bardziej poznaję różne historię Rodziców po stracie, tym bardziej doświadczam tego, że Rodzice Dzieci Utraconych: mają prawa, ale nie mają czasu. Decyzję musisz podjąć tu i teraz, przed poronieniem, w trakcie poronienia lub zaraz po. Dostajesz na to kilka sekund, czasami kobieta jest sama, nie ma obok męża, który mógłby jej pomóc.
 
Dlatego wewnętrznie czuję taki spokój, kiedy jestem przy grobie mojego dziecka i cieszę się, że są ludzie, którzy walczą o pochówek dla Dzieci Utraconych, o ich godność spoczynku, ale również i powrót rodziców, którzy chcą im towarzyszyć w ostatnim pożegnaniu z wiarą i nadzieją na spotkanie ze swoimi dziećmi w przyszłości w Niebie. Kiedy to nastąpi? To już Pan raczy wiedzieć…

poniedziałek, 25 maja 2020

Jak wyglądał ten dzień, w którym masz wrażenie, że początek staje się końcem...?

Jest niedziela, od tygodnia przebywam w szpitalu. Od trzech dni mam skurcze co 3 minuty czasami wydłuża się do 8 minut. Raz w ciągu doby jest dłuższa przerwa. Wtedy mam nadzieję, że któreś z leków zadziałało i jest już poprawa. Nowe życie mieszka we mnie od 21 tygodni, nie znamy jeszcze płci, półmetek za nami! Teraz też czułam, że jest dobrze. Poszłam na chwilę do łazienki, na poranną toaletę, nic wielkiego, żeby tylko nie robić zbędnych ruchów. Kiedy zbieram się do wyjścia, nagle moje ciało przeszywa ogromny ból. Wygląda to jak w jakimś dramacie telewizyjnym. Najpierw ból, który przeszywa ciało, później osuwam się na podłogę i dostrzegam kałużę krwi. Powinnam kogoś zawołać, ale ból jest na tyle silny, że nie daję rady podejść do włącznika, którym mogłabym dać znak, że potrzebuję pomocy. W łazience jestem sama. To poczucie samotności niedługo stanie się moim towarzyszem na wiele miesięcy, ale wtedy tego nie wiedziałam. Pojawia się wola walki. Zaczynam przez ten ból resztkami sił krzyczeć. Dość szybko się udało! Do łazienki wchodzą dwie położne i lekarz. Zaczyna się szybka wymiana zdań. Położne pomagają mi usiąść na krzesełku, w przerwie między skurczami podtrzymywana pod pachami dowlekam się na salę porodową, która znajdowała się akurat najbliżej łazienki.

Jako pierwsza bada mnie położna, po chwili słyszę: „Rozpoczął się proces poronienia!”. Czuję, że zaraz zemdleję! Zabrzmiało to tak oficjalnie i uroczyście, jakby za chwilę ordynator miał zabrać głos i wygłosić jakąś wielką mowę. Ten efekt połączony ze słowami, które jakby w zwolnionym tempie docierały do mnie, przeszył całe moje ciało włącznie z duszą. Czuję się słabo, a jednocześnie ból wygina moje ciało, nie mam sił, po tych wszystkich dniach naprawdę czuję, jak słabnę. Są ludzie naokoło, zbiera się ich coraz więcej, a ja coraz bardziej zaczynam odczuwać brak drugiego człowieka. Od tej chwili dla mnie: kobiety, matki, człowieka zaczyna się horror połączony z niedowierzaniem. Nie wiem, w co bardziej jest mi trudniej uwierzyć, czy w to, że to faktycznie zaczęło się – ten uroczyście ogłoszony proces, czy w to, jak za chwilę zostanę potraktowana.

Chwilę później po tym, jak ogłoszono znamienne słowa, na porodówce zaczyna się ruch. Niektórzy biegają, w jedną i w drugą stronę. Nagle przynoszą teczki, lekarz i położna zasiadają przy biurku i się zaczyna… Pani imię i nazwisko… Miejsce zamieszkania… Imię ojca dziecka… Będzie pani TO chowała…

Mój Boże, co się dzieje? Płód, owe „TO”… Jakieś dokumenty… Naprawdę taki język, taka znieczulica…? A gdzie w tym wszystkim ja i moja godność jako człowieka? Gdzie godność mojego dziecka skoro zostało nazwane „TO”? Czy to naprawdę jakaś cholerna procedura, kiedy w bólu ciała i duszy, będąc naprawdę w tak wielkim szoku, jesteś skazana na pytanie, za pytaniem… Odpowiadam i walczę! Walczę sama z sobą, z moim bólem i z terminologią. Moje marzenie to drugi człowiek – ktoś, kto zatrzyma się tu i teraz, weźmie za rękę i po prostu będzie…

A cały proces mknie niczym z procy. Wszystko odbywa się jak normalny poród. Nagle jest! Moje 15 centymetrów szczęścia i miłości! Zanurzam się w tym widoku… chciałabym tę chwilę zatrzymać… powiedzieć stop… przytulić do serca… zrobić cokolwiek… Jednak czas jest nieubłagany – on nie chce się zatrzymać, nie daje mi nawet tego prezentu, aby zebrać się i pobyć razem, jak matka i córka.

Wśród tego całego zamieszania zarówno w sali, jak i w mojej głowie, sercu pojawia się jedna kobieta, jakby nasz cichy Anioł zesłany przez Boga i pyta się, czy chcę ochrzcić córkę i jakie nadaję jej imię. Odpowiadam wdzięczna całym swym sercem tej kobiecie, że proszę o chrzest i że moja córka będzie miała na imię Basia. Po chrzcie świętym z wody moją Kruszynkę przejął lekarz, położył na wadze, pokręcił głową, że brakuje wagi i wyszedł, zabierając ze sobą całą swoją świtę. Przy Basi została już tylko mój Anioł Położna, która czuwała przy jej owiniętym ciałku i palcem głaskała po główce.

Z tego obrazu wyrywa mnie lekarz. Mówi, że muszę być silna, bo jeszcze trzeba będzie wyłyżeczkować jamę macicy, aby wyjąć całe łożysko. Zostaje mi coś podane dożylnie, bardzo szybko zaczyna mi się kręcić w głowie i powraca… Mój nieodzowny towarzysz – ból, który tym razem jest inny i jeszcze bardziej wydaje się nie do zniesienia. Pamiętam, że w głowie miałam już tylko jedną myśl: „kiedy w końce skończy się to wszystko”. Pytałam się sama siebie i miałam wrażenie, że z każdą sekundą słabnę coraz bardziej…

Gdy było już po wszystkim, przewieziono mnie do innej sali. Moje rzeczy już tam czekały. Położna powiedziała, że nie mogę ani jeść, ani pić, ani wstawać z łóżka i wyszła. W sali zostałam sama. Ja i… Bólu już nie było… Teraz jego miejsce zastąpiło poczucie pustki, samotności i zmęczenia. Nie miałam już nawet siły, aby zapłakać. Tak bardzo chciałam, ale nie mogłam, po prostu cisza, pustka i bicie serca – jednego serca, tylko mojego…

MALEŃKA
tak maleńka do nas przyszłaś
jak kropelka z rannej rosy
Basia – cudzoziemka
więc zabrały Cię Niebiosa
obca była Ci ta ziemia
obce okazało się me łono
narodziłaś się nie dla świata
lecz dla Nieba – Ty wiedziałaś
dokąd zmierzać trzeba
twoich ruchów już nie czuję
ale pustki w sercu także nie ma
bo Ty jesteś – tak ja czuję
tam gdzie dusza moja zmierza
nie rozumiem i nie pytam
choć tęsknotę nadal czuję
dziś przyjmuję Twoją wolę
lecz o jedno proszę czulę –
jesteś Ojcem więc zrozumiesz
gdy i moja zbliży się godzina
pozwól mej Córeczce wyjść
tu po mnie – niech zabierze mnie
tam gdzie życie nowe się rozpoczyna
przed oblicze Ojca – Syna

Dziś jestem w innym momencie życia, moja historia jest jedną z wielu historii ludzkiego cierpienia. Czego doświadczam każdego dnia w rozmowach z Rodzicami po stracie. Jeżeli potrzebujecie takiej rozmowy, wsparcia, pomocy to zapraszam Was do Fundacji Donum Vitae, znajdziecie nas również na fb: Fundacja Donum Vitae - nasze Dzieci Utracone


Zapraszam też na wywiad w "Pytaniu na Śniadanie", gdzie opowiedziałam swoją historię:

poniedziałek, 4 maja 2020

Rycerzyk Niepokalanej


Pięknie wydany, kolorowy, różnorodny a przy tym z wartościami – taki magazyn dla dzieci, to prawdziwy skarb! Dziś chciałabym Wam przedstawić „Rycerzyk Niepokalanej”. Jest to katolicki miesięcznik dla dzieci, który ukazuje się nakładem Wydawnictwa Ojców Franciszkanów w Niepokalanowie, założonego przez św. Maksymiliana Marię Kolbego. 


Pierwszy kolorowy miesięcznik został wydany we wrześniu 1938 roku pod tytułem „Mały Rycerzyk Niepokalanej”. Jego pierwszym redaktorem naczelnym był o. Maksymilian Maria Kolbe. 

 

To, czym mnie jako mamę ujmuję to czasopismo to jego bardzo dobrej jakości wydanie i różnorodność zawartych w nim treści. Przeczytać możemy różne historie, w których prezentowane są cnoty jak np. posłuszeństwo. Poznajemy wybrane historie świętych jak, również historię Polski. Dzieci znajdą tu również kącik artystyczny oraz naukowy. Naszemu Szymkowi najbardziej spodobał się „Przewodnik małego geologa” oraz komiks. 









Zachęcam do lektury i wsparcia dzieła o. Franciszkanów i zaprenumerowania tego wyjątkowego czasopisma dla dzieci.


Więcej informacji znajdziecie na stronie: RYCERZYK NIEPOKALANEJ.

środa, 15 kwietnia 2020

"Marcelino chleb i wino" oraz "Wielka podróż Marcelina"


Kiedy po porodzie wróciłam z Marysią do domu, Szymek tryskał radością i duma go rozpierała, że ma siostrę. Każdemu podkreślał, że „ta dzidzia jest nasza”. Przypomniał sobie też Basię (naszą zmarłą córkę) i zaczął zadawać nam typowo eschatologiczne pytania. Zdarzyło się, że gdy mała miała katar, spytał się, czy ona też umrze? Po pewnym czasie temat przycichł aż do Wielkiego Tygodnia, kiedy przygotowywaliśmy się do świąt Wielkiej Nocy. Szymek, który wtedy miał 4 lata znów zaczął pytać o różne symbole pojawiające się w kościele i temat śmierci wrócił do naszego domu. No właśnie, o ile o Bożym Narodzeniu mówi nam się łatwo i śpiewamy dzieciom piękne kolędy, o tyle z Wielkanocą był już problem. Jak powiedzieć dziecku o krzyżu, żeby go nie przestraszyć? Kiedy jest właściwy moment?
Jeżeli chodzi o pytanie nr 2, to odpowiedź jest bardzo prosta; dziecko przez swoje pytania samo da nam znać, że przyszedł odpowiedni czas. I co dalej? 


 

Nam pomógł „Marcelino chleb i wino”. Ta piękna hiszpańska legenda o chłopcu, który wychowywał się w murach zakonu franciszkanów, dała Szymonkowi odpowiedź na wszystkie nurtujące go pytania. Był to czas wspólnego czytania i poważnych rozmów, które obojga nas ubogaciły.   Marcelino… - to wyjątkowa opowieść, która wciągnie nie tylko dzieci, ale również dorosłych. Na początku byłam zdziwiona tym, że wszystko jest tak realistycznie opisane, ale jak się okazało nasz synek, doskonale się w tym odnalazł; przeżywał i dopytywał – wszystko przyjmował bardzo naturalnie. Nasza książka jest z Wydawnictwa św. Antoniego, okładka twarda, kartki zszyte więc dobrze się trzymają, a najbardziej zachwycają nas ilustracje – są naprawdę ładne.



Jak już poznacie Marcelino i poczujecie klimat opowieści, to ogarnie Was niedosyt. Będziecie w głowie mieć mnóstwo pytań odnośnie do samego bohatera, jak i innych wątków, które zostaną poruszone, ale nie do końca wyjaśnione. Na szczęście odpowiedź zawarta została w drugiej części pt. „Wielka podróż Marcelina”. W tej części wszystkie zagadkowe wątki zostaną wyjaśnione, a cała historia pozostawi po sobie piękne wspomnienie przeczytanej lektury, do której można z dziećmi wracać wiele razy, przeżywając wielkie przygody Marcelina, który jak każde dziecko jest radosny, psotliwy, sprytny i dziarski aż pewnego dnia…